Kultura na wyciągnięcie ręki

Napisane przez Redakcja
na 17 kwiecień 2015

Wyniki konkursu
Dzisiaj w CKZiU przy ul. Legionów 9 odbyło się wręczenie nagród w konkursie „Kultura na wyciągnięcie ręki".


Celem konkursu było napisanie artykułu na temat szeroko pojmowanej kultury w Sosnowcu.
I miejsce zajęła Anna Godoń – Gimnazjum nr 16 w Sosnowcu
II miejsce zajęła Joanna Toporek -Gimnazjum nr 2 w Czeladzi
III miejsce zajęła Zuzanna Binkiewicz- Gimnazjum nr 16
Wyróżnienia zdobyły: Magdalena Skrzyńska oraz Dominika Lesiak - Zespół Szkół nr 7 w Dąbrowie Górniczej
Zwycięski artykuł,który prezentujemy poniżej zostanie również opublikowany w majowym wydaniu „Kuriera Miejskiego".

" Nie wszystko złoto, co się świeci" - Anna Godoń kl. Ie Gimnazjum nr 16

Od dawien dawna pragnęłam obejrzeć film Tima Burtona " Wielkie Oczy". Kiedy nastał dzień premiery, odetchnęłam głęboko z ulgą, że już spokojnie mogę zamówić bilety na seans, rzecz jasna drogą internetową. Gdy kliknęłam na opcje repertuaru, struchlałam. Od rana do wieczora, z małymi przerwami w postaci produkcji o niższym budżecie, długi, przerażający napis " Hobbit: Bitwa Pięciu Armii". A parę linijek niżej, małym druczkiem: „Kino Kobiet. Wielkie Oczy. Jedynie w czwartek o 18.30". Pogodziłam się z tym. Niestety, tak działa firma, jaką zwiemy kinem.
Owszem, można powiedzieć, że film ma swego rodzaju klasę. Dla niektórych przez wielkie, dla innych przez małe "k". Ale odmówić tego w żadnym wypadku mu nie można. Jednak morze efektów specjalnych zalewających cały potencjalnie, dobry materiał fabularny można nazwać lekkim przerostem formy nad treścią. Tu zaś kłócę się sama ze sobą: przecież tutaj właśnie o to chodziło, aby pokazać walory plastyczne filmu, cały wachlarz dzisiejszych, coraz bardziej niesamowitych możliwości twórców (jeszcze stosunkowo niedawno twierdzono, że ekranizacja książki Tolkiena nawet nie wchodzi w rachubę), uwiecznić piękne, nowozelandzkie krajobrazy i po prostu cieszyć oko tym, co się stworzyło. Ale co z duszą bohaterów? Są jakby przytłoczeni tymi wszystkimi obrazami, niby zmuszeni do siedzenia cicho w ich ramach, jakby zabroniono im przypominać o swojej, jakże przecież ważnej obecności na ekranie, nie umiejąc przebić się przez ogrom kolorów i świateł. Żadna rola nie ukazuje się nam jako ta, która stara się trzymać ster tej historii i prowadzić za sobą bohaterów. Wszyscy po prostu odbębnili swój udział w produkcji. Aktorzy śpiewali tak, jak im zagrano. Film pachnie komercją? My też będziemy nią pachnieć! Widz zapatrzony w całokształt nawet nie zwróci na nas uwagi. Ale co jak co: kobiety wyglądają pięknie, lśniące długie włosy spływają im na ramiona, sukni pozazdrościć im może prawdziwy dom mody. A mężczyźni? Ha, przystojny goni jeszcze przystojniejszego. Odnoszę wrażenie, że tylko jeden, biedny Bilbo Baggins jak tak szedł i szedł tam i z powrotem, zgubił gdzieś swoją urodę i dlatego tak bardzo rzuca nam się w oczy kontrast pomiędzy resztą bohaterów a jego ubytkami w wyglądzie. Przynajmniej wygląda jak rasowy krasnal, co niekoniecznie tyczy się naszego kochasia Kiliego, w którym ślepo zakochała się nasza tylko i wyłącznie filmowa elfka Tauriel. W sumie dlaczego ślepo? Normalnie też nie byłoby trudno...
Sceny walk, na których opiera się ogromna część widowiska są imponujące, ale momentami nużą i pozwalają naszemu umysłowi uciec gdzieś daleko. Zapewniam, że jeszcze dalej niż kraina Śródziemia.
Apeluję do fanów Cate Blanchett! Jej postać znika z pola widzenia już w pierwszej połowie filmu, co zdecydowanie nie umiliło mi oglądania. Człowiek łudzi się, że może chociaż pogapi się na jedną ze swoich ulubionych aktorek, a tu serwują mu jedną, mętną scenę i do widzenia głupcze.
Nie mam zielonego pojęcia, komu tak bardzo przeszkadza, by filmy, szablonowo zaadresowane do dzieci i młodzieży podlegały masakrze polskiego dubbingu. Rozumiem, małym dzieciom potrzeba dobrej interpretacji tekstu, by zdołały się zainteresować jego treścią, ale przecież trylogia „Hobbita" ma zwolenników nawet wśród dorosłych widzów. Bywa, że głosy nie zgrywają się dobrze z postaciami na ekranie, co wygląda zamiast przyzwoicie, po prostu groteskowo i komicznie, sprawia, że sytuacje robią się śmieszne.
Patrząc na Thorina, nasunęła mi się pewna refleksja. Może przedstawienie jego obsesji miało być przestrogą na filmowców? Może czasem warto nakręcić film, który skłoni widzów do myślenia tylko i wyłącznie poprzez zmysł artystyczny i inteligencję reżysera? Prawdziwi artyści tworzą swoje dzieła dla samospełnienia, dla radości. Nie dla złota i pieniędzy, za sprawą których życie nie zawsze staje się piękniejsze?
„Hobbicie", dziękuję, że przyszedłeś, ale nie wracaj już więcej.